Nie ma chyba konkretnej definicji strefy komfortu, myślę, że jest ona tak samo indywidualna jak całe to zagadnienie. W końcu tyczy się każdego z nas z osobna i każdy rozumie ją na swój sposób. Tylko nie każdy chce ją zrozumieć. Większość tak na dobrą sprawę zrobi wszystko żeby tej strefy nie poznać.

Dla mnie strefa komfortu to nic innego jak miejsce i czas, w którym czujemy się bezpiecznie, dobrze. Zamykamy się w swego rodzaju bańce swoich limitów, ograniczeń. Teoretycznie strefa komfortu brzmi dobrze. Siedzimy na kanapie, oglądamy TV zajadając się chipsami i popijając piwkiem.  Na zewnątrz pada, jest zimno.. a w domu cieplutko i wygodnie. Tworzymy swoją strefę komfortu. Do czasu, kiedy nie przeszkadza nam brzuch albo nie odzywa się nasze zdrowie, kwitniemy w swojej strefie. W swoim wrodzonym lenistwie bronimy się rękami i nogami przed „wyrwaniem” się z niej. Strefę komfortu traktuje jako swego rodzaju ograniczenie, ale jednak nie do końca. Bo kiedy wychodzimy ze strefy komfortu, przyzwyczajamy się do nowych, wcześniej uważanych za niekomfortowych sytuacji a tym samym –  poszerzając ją. Można by pomyśleć, że to niekończący się proces i nie będzie się to mijało z prawdą. Ale dojdziemy do momentu kiedy nasza strefa komfortu będzie na tyle duża, że będzie obejmowała wszystkie nasze lęki, problemy i obawy, które dręczyły nas do tej pory. Ale żeby do tego dojść potrzebujemy na prawdę chcieć coś zmienić.

Może wyda się to niektórym niemożliwe, ale kiedyś byłem mega wycofaną i zamkniętą w sobie osobą. Nie wyobrażałem sobie np. tego że będę przewodniczącym szkoły, starostą roku czy managerem klubu. Kiedyś nawet wstydziłem się grać koncerty. Bo wszystkie te stany wykraczały poza moją strefę komfortu. W pewnym momencie jednak, znalazła się grupa osób, która uświadomiła mi, że boję się czegoś, co właściwie przychodzi mi z łatwością. Pomimo strachu i chęci odpuszczenia, zrobiłem ten krok poza swoją strefę komfortu. I wiecie co? to był najlepszy krok w moim życiu. W tym kontekście możemy określić trzymanie diety. Są tacy, którzy z góry zakładają, że i tak nie będą trzymać tej diety więc nawet nie zaczynają. A to jest właśnie pierwszy syndrom tego, że wychodzimy ze swojej bezpiecznej sfery – oszukujemy samych siebie i szukamy najmniejszej wymówki, która usprawiedliwi nas przed samym sobą. No właśnie.. przed samym sobą, Cały ten temat tyczy się tylko i wyłącznie pracy nad samym sobą. Niestety dla niektórych samo uświadomienie sobie tego, że szukają wymówek jest wyjściem ze strefy komfortu i wbrew pozorom wcale nie jest mało takich osób. Cały „proces wymówkowy” że go tak nazwę, jest w ogóle fascynujący. Opierając się na własnym przykładzie, wiem jak łatwo jest znaleźć wymówkę do czegokolwiek. Zjedzenia czekoladki chociażby : ” w sumie to dużo trenuje, ciągle pracuje, jestem na nogach cały dzień.. mogę zjeść..” kto tak miał łapka w górę   Innym razem tłumaczę się swoim złym samopoczuciem. Innym mówię sobie „walić to wszystko, po co ja w ogóle trenuję?!” innym ” w sumie to już tydzień jem czysto.. mogę zjeść coś więcej” i tak mógłbym wymieniać i wymieniać, a wyobraźnie mam całkiem pokaźną. Warto uświadomić sobie, że KAŻDY bezwzględnie KAŻDY ma wymówki. Ale też trzeba sobie uzmysłowić, że jedynie procent ludzi ma tego świadomość i chce z tym walczyć. Czy jest jakiś dobry sposób na to? szczerze to nie mam pojęcia. Myślę, że właśnie słowo klucz w całym tym wywodzie to ŚWIADOMOŚĆ. Bez uświadomienia sobie tego jak sami się potrafimy ograniczać nie będziemy w stanie nic zmienić. Z resztą pewnie nawet nie będzie się nam chciało zmieniać czegokolwiek

Kiedy już będziemy mieć świadomość swoich ograniczeń, możemy zaplanować sposób w jaki będziemy mieli z nimi walczyć. Ale zaznaczam – tylko i wyłącznie wtedy, kiedy będziemy świadomi z czym mamy do czynienia. Trzeba jasno określić w czym tkwi problem i wtedy dobrać odpowiedni sposób działania, który będzie przede wszystkim dla nas możliwy do zrealizowania i taki w którego realizacje jesteśmy w stanie uwierzyć. Niech to będzie mały kroczek, ale jednak taki, który nam sprawi lekki dyskomfort. Z czasem ten dyskomfort zmieni się w coś, co będzie nam dawało satysfakcję. Bo będziemy mieli świadomość tego ile zrobiliśmy w kierunku bycia lepszą wersją siebie. Pokonywanie swoich barier jest dla mnie częścią życia i jednym z celów. Ale myślenie, że jest to trudne to właśnie nasza wymówka, bo praca nad swoją strefą komfortu jest niebywale trudna – to fakt – ale i jednocześnie szalenie satysfakcjonująca i warta naszej pracy i poświęcenia. Więc nie bójcie się tylko walczcie ze swoimi wymówkami, ruszcie tyłki i działajcie!